| BR news | koncerty | historia | skład | dyskografia | videografia | teksty i tłumaczenia | eseje | wywiady | o utworach | zsyp | spis utworów | galeria | gitara | kontakt || linki | download | księga gości | od autorki | FORUM |



Trzydzieści lat "zajebistego rock'n'rolla". Rozmowa Sebastiana Reraka z Jayem Bentleyem dla Onet.pl.


  • 4 czerwca 2010

    "To jest tylko punkrockowa piosenka, napisana dla ludzi, którzy widzą, że coś jest nie tak" - Bad Religion od trzydziestu lat pisze swoje "punk rock songs", punktując wszystko, co we współczesnym świecie działa nie tak, jak powinno.

    Trudno wskazać inny zespół tak ważny dla muzyki podwyższonego ryzyka, co Zła Religia z Kalifornii. Poprawiwszy okulary, starsi-wiecznie młodzi panowie postanowili wynagrodzić fanom wierność wydaniem albumu koncertowego osiągalnego jako darmowy download oraz kolejnymi trasami koncertowymi. Ścieżki tych ostatnich po raz pierwszy zaprowadzą zespół także do Polski - 17 sierpnia Bad Religion wystąpi bowiem w Warszawie na festiwalu Rock in Summer. Tym bardziej więc polecamy lekturę wywiadu z basistą i współzałożycielem grupy, Jayem Bentleyem.

    Właśnie ukazał się wasz album "30 Years Live"... Bardzo podoba mi się jego idea jako pewnego ukłonu w stronę publiki. Zamiast robić wielkie zamieszanie wokół trzydziestolecia Bad Religion, sprawiliście prezent swoim słuchaczom.

    Nie chcemy domagać się uwagi tylko dlatego, że zespół obchodzi okrągły jubileusz. Rozmawialiśmy z ludźmi z naszej wytwórni Epitaph na temat wydania rocznicowego albumu. Opcja typu "the greatest hits" nie wchodziła w grę, a na przygotowanie płyty mieliśmy jedynie rok, w trakcie którego bez przerwy koncertowaliśmy. Uznaliśmy, że najlepszym wyjściem będzie wydanie materiału "live" jako gestu dla tych, którzy nie mają okazji zobaczyć nas na żywo. Nagrywaliśmy na występach w Południowej Kalifornii, a więc na własnym podwórku. Teraz dzielimy się muzyką - to najlepszy sposób, w jaki możemy uczcić naszą rocznicę.

    Na pewno lepszy od jakiejś hucznej celebry. Pamiętasz niesławną trasę koncertową Sex Pistols z okazji dwudziestolecia premiery "Never Mind the Bollocks"? Mieliście wtedy okazję wystąpić obok nich i wiem, że nie wywarli na was dobrego wrażenia.

    Okazali się kompletnymi idiotami. To, co wtedy robili było próbą świętowania zdarzeń sprzed dwudziestu lat. Wracali na scenę praktycznie po to, by powiedzieć: "Kiedyś byliśmy ważnym zespołem, popełniliśmy jeden dobry album, kupujcie go!". My nie wracamy do przeszłości, bo wokół nas wciąż tętni życiem scena punkowa. Od lat jeździmy po świecie - gramy dla publiki w Europie, Azji, Ameryce Południowej, Australii, a we wszystkich tych miejscach ludzie współtworzą scenę. Celebrujemy coś, co dzieje się cały czas.

    Ten przykład dowodzi też różnicy między punkiem amerykańskim i brytyjskim. Ten pierwszy ma się o wiele lepiej i wciąż pozostaje żywotny. W Anglii scena skupia się wokół przebrzmiałych grup, odcinających kupony od własnej historii.

    To prawda. Punk rock dla Brytyjczyków był w dużej mierze chwilową sensacją - równie szybko zaistniał, co i stał się passé. Nie cieszy się już taką uwagą, jak w roku 1977. W USA powstaje o wiele więcej nowych grup, które działają w undergroundzie i potrafią zainteresować sobą młodzież. Nigdy nie było też u nas myślenia o karierze. Może dziś niektórzy liczą, że staną się nowym Green Day, ale nam i naszym rówieśnikom ani w głowie była walka o popularność. Szczyty sławy były wtedy zarezerwowane dla Sex Pistols czy The Clash, my mogliśmy co najwyżej liczyć, że zyskamy pewną rozpoznawalność (śmiech). Tak więc zgadzam się z tobą, amerykański punk ma się dobrze, ten wyspiarski zamknął się w przeszłości.

    Oprócz Elvisa Costello (śmiech). Wiem, że jesteś jego fanem.

    Wszyscy członkowie Bad Religion są wielkimi fanami Elvisa Costello. Mamy różne gusta, ale możemy się zgodzić w jednym - Costello jest wielki (śmiech).

    W muzyce Bad Religion zawsze obecna była charakterystyczna folkowa wrażliwość. Greg (Graffin, wokalista - przyp. aut.) nagrał zresztą nawet akustyczną płytę. Sądzisz, że punk rock to taki unowocześniony folk?

    Tak, właśnie tak uważam. Popatrz na balladzistów w rodzaju Billy'ego Bragga - to punkowcy w duchu, tacy bardowie-socjaliści. Mogą grać na akustycznych gitarach, ale generują więcej pasji i emocji, niż Sex Pistols z całym ich nagłośnieniem. Folkowy element był od zawsze obecny u Bad Religion, a pamiętam nasze początki w roku 1980. Także wtedy łatwo było wypatrzyć któregoś z nas z gitarą akustyczną w garści - Graffin tak właśnie komponował wszystkie piosenki. Myślę, że punk rock i folk łączy pewna organiczność, emocjonalna siła i przekaz - opowieści o ciężkim życiu, bólu i nadziei, swoiste dzielenie się ideami.

    Folk ma bogatą tradycję w USA, ale jeszcze dłuższa jest historia obywatelskiego nieposłuszeństwa. Począwszy od Henry'ego Davida Thoreau czy Marka Twaina, poprzez dwudziestowieczną kontrkulturę, w Ameryce zawsze był obecny duch sprzeciwu. Mam wrażenie, że wpisujecie się w tę tradycję.

    To słuszna obserwacja. Trzeba jednak pamiętać, że wszystko dzieje się falami. Wspomniałeś o kontrkulturze, więc popatrz na to, co działo się z nią przez lata. Hipsterzy stali się beatnikami (mowa o prawdziwych hipsterach - fanach bebopu z lat 40., a nie dzisiejszych ofiarach mody na lumpeksowego dandysa - przyp. aut.), beatnicy stali się hipisami, a hipisi stali się z czasem własną karykaturą. Cała ta młodzieżowa rewolucja musiała prędzej czy później sczeznąć, bo ludzie walczący o zmiany byli pieprzonymi nieudacznikami. Z nami tak się nie stanie. Nie chcemy być w centrum uwagi, bo to redukuje punka do podartych spodni i postawionych włosów. Walczymy o coś ważniejszego i bardziej trwałego, a cokolwiek się wydarzy, na pewno nie staniemy się niedorzeczni niczym bohaterowie kreskówki.

    Twój syn rozpoczął nie tak dawno karierę rapera.

    Zgadza się.

    Nie odnosisz czasem wrażenia, że dla młodej publiki hip-hop jest nowym punkiem?

    Odnoszę, tak właśnie uważam. Gdy hip-hop dopiero wychodził z undergroundu był niezależnym miejskim ruchem, tworzonym przez gości starających się dotrzeć do ludzi z własnej społeczności. Z ich tekstów kipiało wk*****nie na cały świat. W tym sensie cała ta kultura bardzo przypominała punk przełomu lat 70. i 80. Myślę jednak, że w miarę jak hip-hop dociera do coraz większej liczby odbiorców, ten gniew gdzieś wyparowuje. Mainstreamowy hip-hop dawno już opuścił wielkomiejskie środowisko, jest dostępny dla każdego. Nadal lubię jednak czytać teksty różnych raperów i o ile nie snują farmazonów o baunsie lub przemocy, to często piszą znakomicie. Moimi ulubionymi tekściarzami są Sage Francis i Slug z Atmosphere, bardzo cenię sobie obu.

    Bad Religion nagrało onegdaj singel dzielony z Noamem Chomskym (amerykański lingwista i pisarz-dysydent - przyp. aut.). To było naprawdę niesamowite - na jednej stronie płyty zespół punkowy gra swoje piosenki, na drugiej - jeden z czołowych intelektualistów na świecie wygłasza krótki speech. Masz jeszcze kopię tego singla?

    Tak, mam i jestem z niego niezmiernie dumny. Ilekroć miałem styczność z Noamem Chomskym czułem się trochę jakbym przystawiał mu mikrofon do twarzy, bo po prostu zaczynał wygłaszać mowę (śmiech). Pamiętam okoliczności w jakich powstał ten singiel. Siedzieliśmy akurat w studiu, przygotowując się do nagrania albumu "Generator". Wtedy także wybuchła pierwsza wojna w Zatoce Perskiej, a Greg i Brett (Brett Gurewitz, gitarzysta - przyp. aut.) pracowali nad utworami dotyczącymi sytuacji na Bliskim Wschodzie. Zadzwonił do nas Tim Yohannon, wydawca fanzina "Maximum Rock'n'Roll" z pytaniem czy oglądamy wiadomości, bo właśnie transmitowano pierwsze naloty na Bagdad. Tim miał pomysł wydania singla jako swoistego komentarza do amerykańskiej inwazji. Nagraliśmy więc dla niego dwa utwory, nie wiedząc nawet, że na drugiej stronie płyty znajdzie się speech Chomsky'ego. Gdy się już o tym dowiedzieliśmy, byliśmy oniemiali z wrażenia.

    Teraz także wiele dzieje się na świecie. Bad Religion zawsze dotykało problemów nadużyć władzy, dewastacji środowiska... Czytając codzienną prasę, mam wrażenie, że dostarcza ona aż zbyt wiele inspiracji punkowym zespołom. Powinniście chyba szybko wydać nowy album studyjny.

    Raczej staramy się unikać poruszania tematów z pierwszych stron gazet, bo te prędzej czy później stracą na aktualności. Nagraliśmy już jeden album, który był ostrą krytyką rządów Busha (mowa o "The Empire Strikes First" z 2004 roku), a jego na szczęście już nie ma w Białym Domu, więc teraz możemy odpuścić. Nie popełnimy jednak płyty wymierzonej w Obamę, bo zajmuje urząd zbyt krótko, by można go było ocenić, a na pewno stara się posprzątać nieco bałagan pozostawiony przez poprzednika. Nowe utwory będą raczej traktować o sytuacji, w jakiej znajduje się jednostka na planecie Ziemia u schyłku pierwszej dekady XXI wieku. Uciekamy od aktualnych wydarzeń w USA, Polsce, Chinach czy Afganistanie, bo naszą ambicją jest poruszanie uniwersalnych problemów bliskich każdemu. Kiedy budzisz się rano, zastanawiasz się jak będzie w pracy i czy starczy ci kasy do pierwszego. Dla kogoś mieszkającego w Iraku dodatkowym zmartwieniem jest zwyczajne przeżycie, bo może tego dnia zginie w zamachu bombowym. Przygotowując nowy album skupiamy się więc na ludzkich emocjach.

    Nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie. Czy często słyszycie, że Bad Religion wywarło wpływ na czyjeś życie? Wasze teksty mają naprawdę duży intelektualny ładunek, więc na pewno mogą dać komuś wiele do myślenia.

    Oczywiście, że tak! Staramy się dzielić wiedzą i poddawać pod rozwagę różne idee. Spotykamy ludzi, którzy nie muszą wcale grać punk rocka, ale np. realizują się naukowo bądź artystycznie. Często ktoś mówi mi, że postanowił iść na studia, bo zainspirowały go teksty Grega, który jest wykładowcą. To także wielka inspiracja dla nas, coś, co rozświetla nasze życie. Nie możemy rzecz jasna zastanawiać się zbyt wiele nad tym, jak ludzie odbierają przekaz Bad Religion, bo sam proces twórczy jest w naszym przypadku bardzo organiczny. Nie głowimy się nad tym, kto będzie odbiorcą naszej muzyki, piszemy ją przede wszystkim dla własnego spełnienia. Bardzo się cieszę na myśl o koncercie w Polsce, bo chciałbym w końcu mieć styczność ze słuchaczami z twojego kraju. Poza tym moja dziewczyna jest Polką, więc może nauczy mnie jakichś przydatnych zwrotów (śmiech).

    Pozdrów ją ode mnie. Jestem jej fanem i czekam aż wyda album ze swoimi pracami (dziewczyna Jaya, Natalia Fabia jest malarką - przyp. aut.).

    OK, przekażę (śmiech).

    Jak byś w kilku słowach scharakteryzował trzydzieści lat istnienia Bad Religion?

    Hmmm... Superzajebisty rock'n'roll (wybuch śmiechu)! No dobra, wiem, to było idiotyczne...

    Ale szczere i spontaniczne (śmiech).

    To teraz serio... Nie znaleźliśmy lekarstwa na raka ani sposobu zapobieżenia głodowi na świecie. Jesteśmy tylko punkowym zespołem z San Fernando Valley w Los Angeles, ale jeśli udało nam się nakłonić choć kilka osób do samodzielnego myślenia i kwestionowania autorytetów, to wspaniale!