| BR news | koncerty | historia | skład | dyskografia | videografia | teksty i tłumaczenia | eseje | wywiady | o utworach | zsyp | spis utworów | galeria | gitara | kontakt || linki | download | księga gości | od autorki | FORUM |



Newsletter, ktory ukazał się na oficjalnej stronie zespołu. Jest to opinia Graffina na temat protestów przeprowadzanych w internecie. Tytuł oryginalny: "Web-surdities".

[oryginalny tekst]


  SIECIOWE (NIE)DOMAGANIA  

      Internet rozwija się tak wykładniczo szybko, że nikt nie zauważa narastających problemów. Ta rubryka będzie odsłonięciem rzeczywistości dla tych, którzy stracili poczucie tego, co znaczy być człowiekiem i przez to mają skrzywiony obraz rzeczywistości, ponieważ spędzają o wiele za dużo czasu w sieci. Mam nadzieję, że moje opinie przyczynią się do owocnej dyskusji.

      Ostatnio przeczytałem w gazecie artykuł nawiązujący do rozwijającego się trendu "Cyfrowych Demonstracji" (Wall Street Journal, 3.12.98). Artykuł mówił o tym, że "wirtualne marsze" mogą być skutecznym sposobem wywoływania zmian społecznych i że "aktywiści mogą protestować kliknięciem myszki"... To mnie naprawdę wkurzyło! Przede wszystkim, jest to karygodnie błędne pojmowanie tego, co pobudza zmiany społeczne i polityczne. W końcu zmiany społeczne pochodzą z opartego na emocjach zachowania. Powodem, dla którego ludzie coś zmieniają jednym głosem jest to, że są zjednoczeni przez podobne reakcje emocjonalne. Nie zdecydujemy się zmieniać praw, jeśli nie mamy emocjonalnych przeżyć wiążących nas z jakąś kwestią polityczną. Na przykład ci, którzy doświadczyli cierpienia ukochanej osoby na łożu śmierci mają głęboką motywację, żeby zmienić prawo dotyczące eutanazji, przez silne podobieństwo własnych doświadczeń do doświadczeń ich ukochanych. Podobnie ci, którzy doświadczyli dyskryminacji, rasizmu czy ubóstwa, są ze sobą emocjonalnie związani, a w skutek tego głęboko umotywowani, by zmienić warunki społeczne. "E-mailowe protesty" ledwo przekraczają próg udzielania poparcia jakiejś sprawie. Internet jest tak anonimowy i jest tak kiepską miarą stanu emocjonalnego jego użytkowników, że trudno jest nawet stwierdzić, czy słowa i obrazy, które prezentuje, są w ogóle stworzone przez istotę ludzką.

      Nie popełnijmy błędu i załóżmy, że takie zachowania jak marsze protestacyjne, strajki okupacyjne, koncerty charytatywne, wykłady i inne społeczne zebrania mogą być zredukowane do elektronicznego medium, które skutecznie odfiltrowuje wszystkie ludzkie więzi emocjonalne. W jaki sposób mierzymy powagę jakiejś sprawy? Dostrzegamy ją i doświadczamy zmysłami.

      Kiedy milion ludzi pojawia się w Waszyngtonie i wymaga, by go wysłuchano, wtedy jest to silne, poruszające wyrażenie tego, co znaczy być człowiekiem, społecznie świadomym i przytomnym. Email skutecznie oddziela nas od świadomości społecznej i właśnie dlatego zawodzi jako sposób protestu. Nie ma w nim także nic niebezpiecznego. Co może zrobić niezdyscyplinowany "e-tłum" jeśli ich "e-sprawa" nie będzie rozpatrzona? Wysyłać więcej nienawistnych emaili (przestańcie to robić, przerażacie mnie!). Ale ogromny tłum zgromadzony w jednym miejscu jest niebezpieczny i ruchomy. Potrafi pokazać, że popełniliśmy olbrzymie błędy w naszej polityce. Na tyle olbrzymie, że ci ludzie są wystarczająco wściekli by opuścić wygodę i prywatność swoich domów i pozwalają, by zobaczono ich twarze i usłyszano ich głosy. I jeśli będą zignorowani, wtedy będą kłopoty. Krótko mówiąc, email może być przydatny jako sposób alarmowania ludzi o nierozstrzygniętych problemach, ale to naprawdę nie tworzy jeszcze demonstracji. "E-protesty" zawiodą w kwestii przynoszenia zmian społecznych, ponieważ nie są oparte na ludzkim kontakcie. Kontakt, łączenie się zmysłów, łączenie ludzkich przeżyć jest niezbędne w każdym sensownym proteście czy demonstracji. Jeśli protesty staną się wyłącznie elektroniczne, będą niczym więcej niż alegorią ludzkiej natury, tak nieprzewidywalne i kapryśne jak naładowane elektrony tańczące wokół ekranu monitora, przyciągane przez silne jądro, które przytrzymuje je tylko chwilowo.