| BR news | koncerty | historia | skład | dyskografia | videografia | teksty i tłumaczenia | eseje | wywiady | o utworach | zsyp | spis utworów | galeria | gitara | kontakt || linki | download | księga gości | od autorki | FORUM |



Autobiografia Graffina; kilka słów o prześladowaniu, zagubieniu i dwóch obliczach punka. Jest to esej oficjalnie znany jako "A Punk Synopsis", który ukazał się w okrojonej postaci w magazynie Details (tytuł artykułu: "Anarchy in the 10th Grade").

[oryginalny tekst]


  STRESZCZENIE PUNKA  

      Mniej więcej dwa tygodnie temu otrzymałem list od punkowca, który pisał, że "był" fanem Bad Religion. "Był" nim do czasu, kiedy zawiedliśmy go wydając dwa ostatnie albumy, nie pasujące do definicji "punk". Żalił się, że nie było na nich ani jednej piosenki przeciwko ustalonemu porządkowi (co nawiasem mówiąc nie jest prawdą), wiec jak możemy nazywać to twórczością Bad Religion? "Właściwie chłopaki jak możecie nazywać siebie punkami?" - kontynuował sugerując, że nie mamy pojęcia o punku, ponieważ jesteśmy kompletnie "poza" tym ruchem. Nie ukrywał swojej złości i nie był tolerancyjny wobec tego, co nasza muzyka ma obecnie do powiedzenia. Twierdził, że święte założenia punkowe zostały w jakiś sposób naruszone przez nasze ostatnie dwa albumy (jednocześnie podkreślił, że wcześniejszym siedmiu nie może zarzucić takiej "zdrady").

      Dokładnie tego samego dnia wpadłem na ulicy na kogoś, kto rozpoznał mnie jako muzyka z Bad Religion. Był punkowcem podobnie jak gość, który wysłał mi list, jednak nie był zły i nie oceniał nas. Rozmawialiśmy przez krótką chwilę; mówił o tym, jak bardzo w dzisiejszych czasach młodzi ludzie wrogo traktują obcych i nie chcą słuchać nikogo poza wygodnym kręgiem przyjaciół, oraz o tym, jak łatwo jakaś nieznana, niewidzialna siła motywuje ich, żeby ich umysły pozostały zamknięte. Jego otwartość na poznanie czyjejś opinii i wszystkie sprawy, które poruszał, odmłodziły mnie i przypomniały wszystkie wspaniałe rzeczy o punkach, z którymi dorastałem i z którymi pozostaję w kontakcie do dziś: wolnych od uprzedzeń, zjednoczonych ze sobą, bezpretensjonalnych, a nie aroganckich i bezczelnych; takich, którzy chcą stawić czoła niesprawiedliwym ludziom czy instytucjom. Zamiast zajmowania się tworzeniem grup, z których moglibyśmy wykluczać innych (czego niestety chce wielu punków), my byliśmy zainteresowani łączeniem się z ludźmi, którzy byli zrażeni lub rozczarowani swoim środowiskiem.

      Tego jednego dnia, rozmawiając z dzieciakiem na ulicy doświadczyłem najwspanialszych cech punka, lecz doświadczyłem także tej najgorszej strony: negatywnego, zadufanego w sobie i dogmatycznego myślenia dzieciaka, który napisał list. Każdy z nich uważał się za punka, jednakże obaj byli na przeciwnych biegunach ideologii. Od 16 lat jestem członkiem tej dziwnej subkultury i dochodzę do wniosku, że także tutaj można wyróżnić partię liberalną i konserwatywną. Patrząc od tej strony, jest to mikrokosmos społeczeństwa w ogóle. Szukanie definicji uniwersalnego punka jest bezsensowne; to wszystko jest zależne od okoliczności. 16-letnia dziewczyna z zamożnej, religijnej rodziny, która w niedzielę pokazuje się w kościele w swoim zielonym irokezie i koszulce z napisem "Fuck Jesus" jest punkiem. Ale jest nim także 42-letni profesor biologii, który uważa, że Karol Darwin się mylił. Te osoby nigdy o sobie nie słyszały ani się nie spotkały, nie przesiadują też razem w tym samym klubie undergroundowym. Jednakże ich chęć stawienia czoła instytucjom oraz odraza do dogmatycznego myślenia łączy je duchowo. Nie wiadomo, czy jest to uwarunkowane genetycznie, czy wyuczone, ale ja także czuję pokrewieństwo z osobami, które podzielają te cechy. Nie czuję się sprzymierzony z tymi, którzy twierdzą, iż mają wyłączność do należenia do swej grupy, czy ludźmi elitarnymi, którzy uważają, że ich sposób życia powinien być modelem dla całej reszty. Moja filozofia została mi wpojona dzięki wolemu od uprzedzeń myśleniu moich rodziców, ale także dzięki zawierusze, jakiej doświadczyłem dorastając. Uświadomiłem sobie, że wiele dzieciaków miało jeszcze gorzej ode mnie oraz to, że osoby nazywające siebie punkami mają podobne przeżycia.

      W 1976, kiedy miałem 11 lat, przeprowadziłem się z mamą i bratem do San Fernando Valley w Los Angeles. Podobnie jak miliony innych ofiar rozwodów w latach 70-tych, musiałem pogodzić się z myślą, że mój ojciec mieszka teraz bardzo daleko (w Racine, Wisconsin) i że nie będę go widywał tak często, jak inne dzieciaki widują swoich ojców. Cały ten ból został spotęgowany dezorientacją, oszołomieniem i odosobnieniem, które czułem jako chłopak z Wisconsin w okręgowej szkole Junior High School w Los Angeles. Wszedłem w środowisko, którego nie dało się porównać do żadnej rzeczy, której już doświadczyłem w ciągu 11 lat życia. Miałem ciemnobrązowe, puszyste, falowane włosy, nie było możliwości uczesania ich w super rock-and-rollowe fryzurki, które w latach 70-tych były takie popularne. Nosiłem welurowe, dziecięce podkoszulki od K-Marta oraz sztruksy, ponieważ były tańsze od jeansów, a my nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy. Miałem tanie buty, zwykle także od K-Marta lub z Payless, zawsze znoszone, z durnymi logami naśladującymi bardzo popularne znaki firmowe, które nosiły pozostałe dzieciaki. Jeździłem ciężkim, wolnym rowerem firmy Sears, na którym nie mogłem ani skakać, ani nawet ślizgać się. Miałem jasnoniebieską, plastikową deskę z kółkami, które robiły bardzo dużo hałasu i totalnie nie pasowały do popularnych skate parków w Południowej Kalifornii. Nigdy w życiu nie byłem na plaży i myślałem o niej jedynie jako o miejscu, gdzie można popływać, a nie jako symbolu sposobu na życie. Ludzie pytali mnie "Goguś... chodzisz na imprezy?", a ja myślałem o noworocznych przyjęciach dla dzieciaków, w domu, w Racine. Siedzieliśmy do północy i jedliśmy lody zapijając je wodą sodową; poza tym nie miałem większych doświadczeń ani wiedzy jeśli chodzi o imprezy. Po mniej więcej sześciu miesiącach zorientowałem się, że impreza była tu synonimem zjarania się. Zobaczyłem, jak koledzy z siódmej klasy weszli ze zmrużonymi oczami i uśmiechem na twarzy, śmierdząc trawką (na początku nie wiedziałem, co to za smród). Goście mieli swój tajny plan, który realizowali tylko wtedy, kiedy nauczyciel, pan Feers, wychodził na papierosa. Brali poliuretanowe walce z odzysku, szczelnie zaklejali dno, szlifowali gładko u góry i wiercili w nich kilka dziur na 1/4 cala wiertarką. Nie wiedziałem, co się dzieje, kiedy jeden z nich podszedł do mnie i powiedział "Stary! Zobacz moją fajkę! Wykurwista, co nie?". Nie tylko nie wiedziałem czym była fajka... Nie zrozumiałem nawet przymiotnika, którym ją opisał; nie wiedziałem też, dlaczego ją ukrywał. Jedyne co wiedziałem to to, że jest to jakaś dziwna tajemnica i że nie jestem z tych, którzy zostaną do niej dopuszczeni. Jeśli dzieciak znał się na rock-and-rollowej kulturze i dzielił się swoją sekretną kolekcją czarnych piękności, substancji odurzających i jointów - wspinał się na drabinie społecznej. Jeśli brało się w tym udział, było się jednym z nich - zaufanym powiernikiem. Jeśli bało się w tym uczestniczyć, zostawało się ostatnią ofiarą losu. Innymi słowy, jeśli ktoś płynął z prądem, był zadowolony z siebie i nie zadawał pytań, wtedy zostawał wynagrodzony. Natomiast ten, kto poddawał w wątpliwość normy czy w jakiś inny sposób postępował "wbrew naturze", zjeżdżał bardzo nisko po kamienistej drodze z drabiny społecznej.

      Uschnąłem pod tym całym naciskiem. Nie byłem w stanie współzawodniczyć z nimi, nie chciałem też się zamknąć. Zacząłem zadawać się z ludźmi opatrzonymi plakietkami palanty, głupki, durnie, czuby, świry, idioci, mięczaki, ofermy i cipy (lub "cipermy", jeśli połączyć dwa ostatnie słowa). Trzymaliśmy się razem, a po szkole robiliśmy różne twórcze rzeczy, jednak największe ukojenie mojego cierpienia wywodziło się z muzyki. Mieliśmy stare szpinetowe pianino, mogłem więc uderzając klawisze śpiewac piosenki, których nauczyłem się ze słuchu. Bardzo chciałem zyskać muzyczną tożsamość tak jak moi szkolni rówieśnicy, jednak mnie nie inspirowały zespoły, które zbudowały całą tę przepaloną, narkotykową kulturę, między innymi Led Zeppelin, Rush, Kiss, Journey, Foreigner, Styx, Ted Nugent, Bad Company, Lynard Skynard. Na szczęście, kiedy miałem 14 lat, odkryłem stację radiową, która w sobotnie i niedzielne noce puszczała utwory lokalnych zespołów. "Odkryłem" tę stację, ponieważ była to jedyna audycja w L.A., która od czasu do czasu grała Todda Rundgrena. Mój przyjaciel z Wisconsin i ja dorastaliśmy kochając melodyjny rock Todda i Utopii, jednakże było to coś poniżej głównego nurtu popularnej muzyki. Ten charakterystyczny styl przemawia do mnie po dziś dzień i często kieruje moimi muzycznymi preferencjami.

      Nie mogę przecenić znaczenia owej audycji w rozwijaniu mojej muzycznej osobowości. Nazywała się Rodney on the Roq (w stacji KROQ); to ona udowodniła mi, że gdzieś tam, w tym samym mieście, istnieje cała zbiorowość ludzi traktujących muzykę jako narzędzie, za pomocą którego wyrażają swoje odosobnienie i zmieszanie spowodowane otaczającą kulturą. Udowodniła mi także, że nie trzeba być wirtuozem ani należeć do wielkiej wytwórni płytowej, żeby być transmitowanym na falach radiowych. Te nagrania nie były zręcznymi, wysokobudżetowymi produkcjami. Rodney często puszczał nawet kawałki demo czy utwory z płyt winylowych. To było cudownie wulgarne i jednocześnie inspirujące w swojej prostocie.

      Chciałem być częścią zbiorowości tych artystów. Ich muzyka była szczera i zdesperowana. Opowiadała o cierpieniu, jakie bierze się z bezustannej presji dostosowywania się, o ciężarze, jaki kładzie na nas władza oraz o radości przynależenia do grona bezsilnych odmieńców; była do tego wykonywana przez tak różnych wykonawców z przeróżnych środowisk... "Zostałem" punkiem kiedy miałem 15 lat. Bardzo krótko obciąłem moje falowane włosy, ufarbowałem je na kruczoczarny kolor i zrobiłem sobie własne podkoszulki. Byłem na tyle kreatywny, że w ciągu tych lat zacząłem eksperymentować z pisaniem piosenek, do których grałem na pianinie, podczas gdy moi przyjaciele grali na garnkach i patelniach i nagrywali to na tanim magnetofonie. Byliśmy tak zdeterminowani, że chcieliśmy wysłać te nagrania do Rodney on the Roq. Jednak zanim to wszystko mogło się urzeczywistnić, mój kolega ciperma przedstawił mnie ludziom, którzy później uformowali ze mną Bad Religion. Pod koniec tego samego roku, 1980, zrobiłem pierwsze nagranie, które zostało puszczone w Rodney on the Roq. Normalnie uczyniłoby to z każdego bohatera; "mieć w klasie prawdziwego artystę nagrywającego utwory...!" Ale ludzie z mojej klasy zaczęli gwałtownie oponować i przeciwstawiać się nowej, rozwijającej się subkulturze. Ta muzyka nie gloryfikowała seksu, narkotyków i rock and roll'a. Nie była "soczysta" i nie inspirowała nikogo do marnowania sobie życia. Byłem postrzegany jako wróg ich stylu bycia. W szkole oprócz mnie było jeszcze dwóch punków. Cała nasza trójka była psychicznie atakowana tylko za to, jakiej muzyki słuchaliśmy. Bałem się, ale to mnie jednocześnie umocniło, ponieważ zdałem sobie sprawę z tego, jak bardzo słabi są wszyscy konformiści i jak łatwo jest popchnąć ich do punktu, w którym tracą kontrolę. Znalazłem pociechę w grupie punków z innych szkół; każdy z nich miał swoją historię o zastraszaniu i obrzucaniu obelgami. Mój dom stał się naszą miejscówką, a garaż został salą próbną (moja mama była wyrozumiała, poza tym cały czas była w pracy, więc interwencji dorosłych praktycznie nie było). Poczułem, że to może być sposób na ukojenie mojego rozczarowania środowiskiem. Jednak była to droga zadawania pytań oraz stawiania sobie wyzwań, a nie droga przystosowywania się i akceptowania.

      Prawdopodobnie właśnie w ten sposób zacząłem bardziej wnikliwie obserwować stosunki międzyludzkie, stałem się bardziej krytyczny, ale również trochę cyniczny. Rozumiałem coraz mniej bliskich mi ludzi, którzy nie byli punkowcami; właśnie to powstrzymywało mnie od zawierania bliższych, zażyłych znajomości. Uważaliśmy, że byliśmy złączeni z jakiejś głębszej przyczyny, naszą chęcią przeciwstawienia się presji społeczeństwa. Zakładaliśmy, że musimy mieć takie same uczucia, ponieważ wszyscy byliśmy podobnie traktowani w swoich środowiskach. Nacisk kładliśmy na problemy związane z całą grupą, nie na indywidualne przeżycia (istniało o wiele więcej piosenek ze słowami "nas", "nasz" czy "my", niż ze słowami "ja", "mój", "mnie"). Może dlatego tak wielu moich przyjaciół zahaczyło o twarde narkotyki, a niektórzy z nich się zabili. Moi punkowi przyjaciele nie praktykowali zrozumienia, okazywaliśmy tylko tolerancję.
Ta usterka dotyczyła także spraw płci. Zakładałem, że dziewczyny są równe na każdym poziomie. Ubierały się i czesały podobnie jak chłopcy, a nawet tańczyły z nami pogo! Ich cierpienie było naszym cierpieniem; przynajmniej tak mi się wydawało. Nigdy nie myślałem o tym, że one mogą postrzegać scenę punkową z innej strony, niż my. "Babskie sprawy" nie były tematem na porządku dziennym w naszych rozmowach. Obie płcie były za bardzo zajęte stawaniem się silniejszymi i bardziej wytrzymałymi. To było cudownie równe; byłem dumny z moich egalitarystycznych poglądów na sprawy płci. Niestety, to było także powodem ignorowania różnic między kobietami a mężczyznami. Do dziś jestem bardzo tolerancyjny jeśli chodzi o kobiece spojrzenie na sprawę, jestem za to bardzo kiepski w rozumieniu ich potrzeb. Czas, który spędzałem z moimi kolegami upływał na rozmowach o przyziemnych sprawach czy problemach świata, ale nie na rozmowie o osobistych pragnieniach czy uczuciach. To przeszkadzało w licznych bliższych znajomościach, oraz podkopało moją zdolność do bycia dobrym mężem.
Postanowiłem pójść na studia. Miałem romantyczną wizję, że będzie to miejsce, gdzie głosy sprzeciwu zostaną rozpoznane i oklaskiwane. Kochałem granie w kapeli i wnoszenie wkładu w rzucanie wyzwania głównemu nurtowi muzyki, ale chciałem czegoś więcej. Coś ponaglało mnie do zadawania pytań na temat samego społeczeństwa, nie tylko na temat muzyki i gustów. Planowałem, że będę grał w zespole w weekendy i wakacje i że będę pisać o ważnych sprawach poruszanych na uniwersytecie. Ale teraz, patrząc wstecz uświadamiam sobie, że moja uczelnia była tak samo przepełniona konformistyczną presją jak moja szkoła średnia. Studenci byli nagradzani za to, że myśleli tak samo jak profesorowie. Bardzo rzadko wykładowcy próbowali uzyskać od nich jakieś oryginalne pomysły. Znacznie częściej byliśmy nagradzani za bezmyślne powtarzanie sentencji profesorów z ich wykładów, które zawsze brzmiały jak jakieś przemówienia. Ja miałem na tyle szczęścia, że udało mi się znaleźć trzech wspaniałych i inspirujących doradców, którzy chwalili moją oryginalność i sprawiali, że czułem się prawdopodobnie mądrzejszy, niż jestem. Smutne było to, że było ich tak niewielu. Zostałem brutalnie uświadomiony, że przeżycia uniwersyteckie większości studentów wiążą się z indoktrynowaniem ich w kierunku perspektywicznego myślenia uprzywilejowanego społeczeństwa. To była recepta na to, co społeczeństwo akceptuje. Jednak na żadnym etapie całego tego procesu socjalizacji nie dostarczono nam przewodnika po alternatywnych sposobach myślenia. W rezultacie moja średnia była niewiele lepsza od przeciętnej. Dzięki rekomendacjom moich doradców i ich naleganiu, żebym w oryginalny sposób kontynuował swoje badania, mogłem iść dalej i zdobyć tytuł magistra geologii. Zacząłem także doktorat. Drogi do zdobycia tych stopni nauczyły mnie, że sposobem na osiągnięcie sukcesu w naszym społeczeństwie jest nieustanne kroczenie po tej cienkiej linii, która leży pomiędzy zrozumieniem dogmatów, które są nieodłącznym elementem przeważającej ideologii, a pokazywaniem ludziom, którzy mają władzę, że masz swoje własne pomysły, ale nie chcesz ingerować w ich tolerancję. Oryginalność ma niski próg tolerancji.
Przez ostatnie półtora roku miałem na tyle szczęścia, by podróżować więcej, niż niektóre osoby w ciągu całego życia. Stając się bardziej światowym człowiekiem zaobserwowałem, że na każdym poziomie społeczeństwa i kultury są pewne zasady, które uczą ludzi, jak powinni się zachowywać i w taki czy inny sposób kontrolują ich wolność wyrażania siebie i prowadzenia szczęśliwego życia. Myślę, że to dar być człowiekiem, który jest w stanie stawić czoła tym doktrynom i dzielić się nowymi pomysłami z innymi, by wykrzesać z nich oryginalność. Cieszę się, że nie jestem zwierzęciem.

      Dzisiaj mam bardziej wymyślne poglądy na temat środowiska, które mnie otacza. Mam dzieci, dom, polisę na życie, podejmuję decyzje finansowe. Mój pogląd na świat wywodzi się z różnych, odmiennych źródeł: geologii, biologii, muzyki, podróżowania i ojcostwa. Właśnie ta różnorodność zapewnia mi indywidualizm. A uczenie się, jak zostać indywidualistą to największy dar, jaki otrzymałem, dorastając jako punk. Jestem świadomy istnienia stereotypów i nie staram się do nich dopasowywać. Żaden geolog, z jakim miałem do czynienia nie posiadał wiedzy na temat przemysłu muzycznego; tak samo żaden muzyk, jakiego znam, nie rozumie historii Ziemi tak jak ja. Jestem dumny ze swojej nieprzewidywalnej wyjątkowości.

      O dziwo, punk szybko stał się głównym nurtem muzycznym. W ubiegłym roku ludzie kupili więcej punk rockowych płyt, kaset, koszulek, naklejek czy biletów na koncerty niż kiedykolwiek wcześniej. Tak jak w każdej kapitalistycznej sytuacji, punkowy rynek doświadcza zmian. Zmiany te polegają na odbieganiu od oryginalnych intencji tego nurtu, a dążeniu do utworzenia swoistego credo czy nawet indoktrynacji otaczającej promowanie produktu. Bo niby dlaczego wytwórnie płytowe nazywają siebie "punkowymi"? Ponieważ sprzedają modę i budują subkulturową świtę, zamiast promować szczerość i kreatywność swoich artystów. Jest to bardzo smutna strona przemysłu muzycznego, występująca zarówno w dużych, jak i w niezależnych wytwórniach. Zatem nie jest dziwne to, że istnieje "punkowa policja", która kontroluje i sprawdza, czy zespoły takie jak nasz pasują do stereotypu i dogmatycznej akceptowalności. Prezentują takie samo zachowanie jak akademickie klony, kończące tysiącami studia każdej wiosny, gotowe dyskryminować każdego, kto rzuci wyzwanie ich wyuczonej ideologii. List od zdegustowanego fana, który otrzymałem dwa tygodnie temu był smutnym przypomnieniem prześladowania, jakiego doświadczyłem w liceum ze strony ćpunów. Jest to także idealny przykład tego, jak łatwo jest trzymać się linii partii i bronić stereotypowych, bezmyślnych sentymentów, co w ostateczności jeszcze bardziej motywuje mnie do prowokacji.