| BR news | koncerty | historia | skład | dyskografia | videografia | teksty i tłumaczenia | eseje | wywiady | o utworach | zsyp | spis utworów | galeria | gitara | kontakt || linki | download | księga gości | od autorki | FORUM |



Greg analizuje sytuację w przemyśle muzycznym i poprzez analogię do biologii stara się zobrazować, dlaczego tak wiele zespołów brzmi tak samo. Tytuł oryginalny: "Fast Food and the Music Industry".

[oryginalny tekst]


  FAST FOOD I PRZEMYSŁ MUZYCZNY

      Ponieważ jestem uważany za osobę, która zazwyczaj śpiewa o poważnych rzeczach zdecydowałem, że dziś też będzie na poważnie. Chciałbym zacząć od przytoczenia anegdoty dotyczącej Arbey's Roast Beef [sieć fast foodów - przyp. tłum.].
Lubię fast foody, ponieważ to dobry produkt i świetny wynalazek. W zeszłym tygodniu stałem w kolejce czytając menu i zdecydowałem się zamówić średnie danie. Po chwili zdałem sobie sprawę, że mam ogromną ochotę na całą górę frytek i powiedziałem: "Czy mógłbym dostać do tego duże frytki zamiast normalnych?". Kasjerka zapytała: "A może weźmie pan po prostu duży zestaw?". Powiedziałem ok, a ona sięgnęła po dużą colę wielkości małego kosza na śmieci. Kto jest w stanie tyle wypić? Kto to w ogóle uniesie? Jeśli zamówiłbym to w okienku restauracji dla zmotoryzowanych, musiałbym to przypiąć do fotelika dla dzieci. Powiedziałem: "Proszę dać mi normalną colę, ale duże frytki".
W tym momencie rozpętało się piekło. Kasjerka powiedziała: "EEEE, niestety nie możemy tego zrobić". Zupełnie jakbym poprosił ją, żeby wyjaśniła mi prawo Keplera o obrocie orbitalnym, albo coś w tym stylu! Faktycznie, klawiatura na kasie nie miała takiej opcji, żeby sprzedać jednocześnie duże frytki i zwykłą colę. Wkrótce nadeszło trzech innych pracowników, żeby pomóc swojej zakłopotanej koleżance. Nikt z nich nie miał pojęcia, w jaki sposób rozliczyć się ze mną za moje proste zamówienie. Powiedziałem: "Proszę się nie martwić, tylko dać mi po prostu średni napój i duże frytki, a zapłacę za wszystko jak za duże danie". Wszyscy pracownicy odetchnęli z ulgą. Podobnie zresztą jak ludzie w kolejce za mną: "Co to za facet, który blokuje kolejkę i zwołuje wszystkich pracowników, żeby zaspokoili jego zachcianki?". Wtedy mnie oświeciło: wszystko w naszym społeczeństwie stało się zbyt wydajne. Problem ponadwydajności daje się we znaki do tego stopnia, że instytucje oferują jedynie ograniczony wybór, a to skutkuje delikatnym determinowaniem naszego zachowania. Wydaje mi się, że to nie to, czego chcą ludzie. Ludzie chcą być bardziej wolni. Chcą korzystać ze swojej wolności wyboru. Pamiętacie stary reklamowy slogan Burger Kinga? "Hold the pickles, hold the lettuce, special orders don't upset us." Dzisiaj specjalne zamówienia może i nie sprawiają im trudności, ale za to powodują zwarcie synaps w mózgu. Mentalność "niech będzie po twojemu" należy już do przeszłości. Dziś praktycznie wszystkie sieci fast foodów głoszą hasło "Zrób to po naszemu". Nie ma wolności wyboru. I to jest poważna sprawa.

Niestety, przemysł muzyczny nie jest odporny na tego typu nazbyt uproszczoną, ponadwydajną, marketingową mentalność. Myślę, że trzeba o tym mówić. Sprawa wymaga o wiele więcej dyskusji niż to, co mogę teraz napisać, ale mimo to przedstawię pokrótce problem i dodam moją własną analizę, być może inspirując jakąś zmianę.

Krok Pierwszy: Czy istnieje w ogóle problem?

Tak myślę. Dlaczego tyle zespołów i artystów brzmi tak samo? Artyści zawsze próbowali się wzajemnie naśladować, ale nie tu jest pies pogrzebany. Wygląda na to, że dziś podobieństwa robią się coraz głębsze. Wokaliści brzmią identycznie jak inni, z innych wytwórni. Do tego trzeba jeszcze dodać procedury, używanie tej samej techniki dla różnych zespołów, i co wtedy pozostaje? Piosenkarze brzmiący tak samo, produkcja brzmiąca tak samo, dwie różne wytwórnie, ten sam produkt, mentalność dania, którego elementów nie da się zamienić na inne.
Pomyślmy: Epic ma Pearl Jam, BMG ma Creed, Sony Music ma Silverchair, Epitaph ma NOFX, ale MCA ma Blink 182, Interscope ma NIN; potem wytwórnie doszły do wniosku, że mogłyby mieć coś mocniejszego, tak więc Interscope ma Marilyna Mansona, WEA ma Panterę, Sony ma Korna, Geffen miało Berlin w latach 80-tych i 10 lat później zdecydowali się wydawać to samo co kiedyś w formie Garbage, WEA w formie Alanis Morrisette, ULG jako Meredith Brooks, Arista jako Sarah McLaughlin, WEA jako Paula Cole. Ta lista mogłaby się ciągnąć w nieskończoność.

Dlaczego tak jest?

Chyba dlatego, że trudno tworzyć sztukę, więc artyści kopiują się nawzajem. Ale sprzedać ją jest jeszcze trudniej, więc sprzedawcy kopiują strategie marketingowe innych sprzedawców. Potem artyści i sprzedawcy zawiązują kółko wzajemnej adoracji, które niszczy chęć stworzenia czegoś nowatorskiego. Rezultatem jest mniejsza różnorodność stylów muzycznych i bardziej zaprogramowany, a mniej realistyczny image artysty. Kolejnym rezultatem jest wyższa i bardziej przewidywalna sprzedaż, a przez to większa liczba zakontraktowanych zespołów sprzedających całe masy płyt. Dlaczego je kupujemy? Miłośnik muzyki nie ma wielkiego wyboru. Albo słuchamy muzyki, która jest nam prezentowana, albo ją odrzucamy. Większość z nas wybrałaby to pierwsze.

Część Druga: Jak do tego doszło?

Postaram się zilustrować jak moim zdaniem problem ten utrwalany jest przez przemysł. Chciałbym zapożyczyć analogię z biologii, aby pokazać, jak systemy w toku ewolucji wzmacniają z czasem swoją wydajność. Robią to wysokim kosztem... kosztem różnorodności.
Przemysł muzyczny rozwija się tak samo jak gatunek. W naturze mamy selekcję naturalną: gatunki muszą się zaadaptować, w przeciwnym razie wymierają. W przemyśle muzycznym zespoły muszą albo sprzedawać nagrania (forma adaptacji), albo wypadają z gry (forma wymarcia). Ewolucja zależy nie tylko od naturalnej selekcji, ale także od prawdopodobieństwa. To nie przypadek, że niektóre zwierzęta mogą być stworzone w następnej fazie ewolucji. Jest to do jakiegoś stopnia zdeterminowane przez różnorodność zwierząt, które istnieją dziś.
Najprościej mówiąc, cokolwiek nowego pojawia się w jakimkolwiek systemie ewolucyjnym, zależne jest od tego, co istnieje dziś. Biolodzy nazywają to zjawisko procesem Markova; procesem nieprzypadkowego prawdopodobieństwa, które wymusza bieg ewolucyjnych wydarzeń. Pomyślcie skąd wzięły się małpy. Nie pojawiły się nagle jak jacyś kosmici. Wywodzą się od zwierząt z poprzedniej fazy ewolucji, które wyglądały podobnie, ale nie były jeszcze małpami. Przemysł muzyczny także ewoluował poprzez proces Markova. Na przykład, to nie przypadek, że mamy Alanis Morrissette. Ona nie pojawiła się znikąd. Wyszła z poprzedniego szablonu. Zapożyczyła styl i brzmienie z ograniczonej grupy innych wykonawców. Ważne jest, aby nauczyć się w miarę trafnego przewidywania tego, jak będzie wyglądało kolejne stadium na podstawie tego, jak wygląda ono dziś. A jeśli przemysł muzyczny nie różnicuje tego, co wydaje, to w ten sposób likwiduje prawdopodobieństwo muzycznej rewolucji w przyszłości.
Za każdym razem kiedy gatunek wymiera, jego geny są usuwane z puli genów przyszłości i już nie pojawiają się na nowo. Podobnie za każdym razem, kiedy zespół porzuca działalność albo nic nie nagrywa, ma to negatywny wpływ na następny etap ewolucji przemysłu muzycznego. Przez to, że zespoły się wykruszają, zmniejsza się zakres wyboru, z którego następna generacja będzie czerpać inspirację. Zbiór przyszłych artystów zdeterminowany jest przez artystów, którzy istnieją dziś. Inspiracja jest analogiczna do dziedziczności.

Tak więc pytanie dotyczące przemysłu muzycznego jest jakie samo jak największe pytanie w nowoczesnej biologii: "Jak zachowujemy różnorodność?"

Jeśli nadal będziemy oczyszczać naturalne siedliska, budować w nich miasta i uprawiać ziemię, spowodujemy wymarcie wielu gatunków, które nie potrafią dostosować się do prędkości, z jaką niszczymy ich środowisko. Efekt sieci: mniej typów organizmów w następnej fazie ewolucji. Analogicznie, jeśli wytwórnie płytowe promują jedynie wierne kopie swoich artystów i ignorują zespoły jakościowo wyjątkowe, to w następnej dekadzie będzie bardzo ograniczony zestaw stylów muzycznych. A ograniczony wachlarz produktów działa negatywnie na prospekt jakiejkolwiek instytucji na dłuższą metę.

Teraz czas na najtrudniejszą część: Sugerowanie odszkodowania.

Sądzę, że nasze wartości są skrzywione. Mierzymy jakość w zły sposób, zazwyczaj w kategoriach dolarów i centów, a nie pod względem jej intelektualnej czy emocjonalnej stymulacji. Prawdopodobnie to zarówno symptom naszego społeczeństwa, jak i arogancki brak szacunku ze strony tych, którzy są u władzy. Wśród ludzi w przemyśle muzycznym panuje takie samo przekonanie. Wiele razy słyszałem, jak członkowie zarządu mówili: "Za kogo się mamy, żeby oceniać muzykę, którą wydajemy? Dzieciaki ją kochają! My po prostu dajemy ludziom to, co chcą usłyszeć".
W skrócie oznacza to, że powodem, dla którego wydają gównianą muzykę jest to, że ludzie tego chcą. Nie zgadzam się z tym. Myślę, że logicznym byłoby postawienie następującego pytania: czy naprawdę chcą jej słuchać, czy też poprzez nienaturalną selekcję przemysł determinuje to, czego ludzie słuchają? Myślę, że powinien istnieć zestaw standardów jakości inny niż ilość pieniędzy, jaką artysta generuje. Mniej popularne zespoły zasługują na to, by były wspierane. Ich wartość powinna być oceniana pod kątem ich wkładu w przyszłość, a nie przez zwykłe kalkulowanie zeszłorocznych zysków i strat.
Żeby podtrzymać różnorodność, potrzebujemy takich ludzi w wytwórniach, którzy się zaangażują i powiedzą "To jest dobra muzyka, a ta jest kiepskiej jakości. Tej niczego nie brakuje, a tamta jest do chrzanu". Artystom trzeba mówić to, że brzmią jak ktoś inny. To pomaga im zrozumieć co jest, a co nie jest w nich unikatowe. To pomaga im się rozwijać. Myślę, że powinno się podejść poważniej do rozwoju artystów. Wiem, że zespoły trzeba edukować. Nie potrzeba im presji ze strony swoich wytwórni, które wyrzucają na nie pieniądze, podczas gdy one trzymają kciuki licząc na strzał w dziesiątkę. To nie jest prawdziwy rozwój.

Dużo czasu upłynęło, zanim Bad Religion osiągneło status artysty ze złotą płytą. Na każdym kroku uczyliśmy się i stosowaliśmy naszą wiedzę w praktyce. W międzyczasie wytwórnia Atlantic pomogła nam zdobyć szerszą publiczność. I chociaż my jesteśmy w wyjątkowej sytuacji, wciąż wydaje mi się, że udowadniamy, iż prawdziwy postęp w tym przemyśle może mieć miejsce bez poświęcania swojej artysycznej szczerości.

Wniosek jest taki, że ludzie, którzy sprzedają muzykę muszą pogodzić się z tym, że odgrywają znaczącą rolę w określaniu muzycznych gustów publiczności. Przeoczając wyjątkowych artystów w poszukiwaniu supergwiazd i porzucając drogę rozwoju na korzyść natychmiastowych, sezonowych hitów, dyrektorzy przemysłu muzycznego aktywnie zawężają wybór stylów muzycznych i image'ów, które są prezentowane ludziom.
Tak więc przemysł, przez ewolucyjny proces Markova, przyczynia się do swojego własnego zgonu i postępującego otępienia naszego społeczeństwa. Ten truizm dotyczy tak samo muzyki, jak polityki: jeśli nie zaoferuje się ludziom niczego prócz miernoty, to stworzy się miernych ludzi.